Siódmy dzień. Jest wieczór, ale kryzys z poranka trzyma do tej pory. Odczuwam wewnętrzne fuj do tego całego tekstu i do mojego pisania tak w ogóle. Nie chce mi się i nie chce mi się walczyć o to, żeby mi się chciało. Napisałam 59 słów, którymi szczerze i serdecznie gardzę.
Tak jak całą powieścią.
***
"A potem zza zasłonki uderzyła ją woń lawendy."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz