Stuknęło mi 10 tysięcy s(ł)ów. Dokładnie: 10004. Zupełnie nie napisałam tego, co chciałam. Zupełnie nie tyle, ile chciałam. Ale prawdę mówiąc miałam na wszystko jakieś dwie godziny, więc i tak się cieszę, że udało mi się urwać ten tysiąc pińcet, którego mi brakowało do okrągłej liczby.
Rozdział zasadniczo improwizuję. Muszę czymś wypełnić podróż Herji na północ - postanowiłam, że odrobina creepy Murzynów nie może zaszkodzić, bo niby jak?
Fajk trzeci więc.
***
"Bardziej pełzła niż szła. Ledwie rozróżniała poszczególne sylwetki, rozrzucone bez ładu i składu na deskach. Spod skłębionych koców wystawały czarne jak smoła ręce i nogi, a tu i ówdzie blade światło księżyca odbijało się w wyszczerzonych siekaczach.
Parujące tchnienia cichły i wzbierały na przemian, nieprzerywane żadnym głośniejszym chrząknięciem. Tym bardziej Herja miała dławiące uczucie, że każdy jej krok i każde potknięcie będzie usłyszane przez setkę par uszu, a ona sama w następnej chwili zostanie rozerwana na malutkie kawałeczki.
Takie malutkie.
Jednak tym, co najbardziej odbierało jej oddech, były oczy. Okrągłe, białe gałki, które wpatrywały się w nią nieruchomo i wyczekująco, mimo że Murzyni podobno mieli spać. A jednak oni czuwali – czekali, aż zaśnie, aż pokona ją zmęczenie.
I wtedy mieli dobrać się do jej trzewi."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz