"Piękna Teodora podbija kosmos"

Straciwszy dotychczasowego kapitana, Piękna Teodora trafia w ręce nie do końca poczytalnego Il Destino. Ten nie obejdzie się z nią tak delikatnie jak niesławny Botree, w dodatku przyjmie na jej pokład szemrane typy, które dawniej nie mogłyby się do Pięknej nawet zblizyć.

Teraz dopiero zacznie się prawdziwy podbój kosmosu: przygody, pościgi - i tym razem już naprawdę będą wybuchy.

Chyba że nie.

sobota, 29 listopada 2014

NaNo 2014 - Dzień 29

No tak. Wczorajszy dzień położyłam po całości, dzisiejszy nie aż tak co prawda, ale też cudów nie będzie. Niemniej mam już ponad tysiąc - więcej, niż miałam wczoraj tuż przed północą. Zamierzam jeszcze kapkę popisać, ale nie za wiele, bo potem ogarnianie chałupy. Bo się zachciało mieć życie towarzyskie w listopadzie, prawda? Gdzie ja miałam głowę?
Porzucenie rozdziału o wampirach okazało się strzałem w dziesiątkę. Dalej mam poczucie, że to wszystko jest fatalne i fuj. Nie powinnam była pewnie czytać w międzyczasie osób, które piszą lepiej. Cóż począć, skoro - ponieważ tak fajnie piszą - najzwyczajniej chce się ich czytać? Ale próbuję walczyć z odrazą do własnego tekstu. Naskrobałam jedną angstującą retrospekcję z Enną (gdzie moja Joan sięgnęła po kolejny karton chusteczek), teraz mam do niczego niepotrzebną retrospekcję z czasów pobytu w Skjelettsmerter. Z przerażeniem zauważyłam w którymś momencie, że piszę autocameo - ale skoro już zauważyłam, postanowiłam je dokończyć. Bo czemu nie. Jak być grafomanem, to po całości!
Walczę. Nie mam nadziei, ale walczę.

***
"Kto przy zdrowych zmysłach siedzi na łące nieopodal cmentarza i gapi się na ukwieconą łąkę, kiedy zbliża się pora obiadu? Z drugiej strony, tutejszy grabarz był zawsze bardzo gościnny i kiedy tylko zobaczył staruszkę opartą o murek i wpatrzoną w odległe, rozmigotane morze, przysiadł się z butelką i jął snuć opowieści – głównie o swojej kaście i o pewnym grabarzu imieniem Yvo, który zawędrował aż tutaj, zaprzyjaźnił się z umrzykiem, a nawet współpracował z nekromantą, i w ogóle to zniknął gdzieś bez śladu, kiedy z jakiejś kulawej miłości zaangażował się w wyprawę w poszukiwaniu Jedynego Boga.
– Jedynego Boga, co? – zaśmiała się wówczas Herja. – Lubię pana. Naprawdę, jest pan przemiły, Halli. Ale te pana historie… – Kobiecina przewróciła oczami. – Pan to sam wymyśla czy ktoś to panu podsuwa?
Halli uśmiechnął się tajemniczo i poprawił okrągłe okulary w cienkich oprawkach. Zdjąwszy cylinder, przeczesał palcami popielate, matowe włosy.
– Jest pani małej wiary – wytknął Herji. – Samo życie pisze takie historie, mówię pani.
Uśmiechnąwszy się, wstał, zabrał pustą butelkę i odszedł w stronę cmentarnej bramy.
A Herja uświadomiła sobie, że jest już tak okropnie późno i że pewnie spóźni się do schroniska."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz