"Piękna Teodora podbija kosmos"

Straciwszy dotychczasowego kapitana, Piękna Teodora trafia w ręce nie do końca poczytalnego Il Destino. Ten nie obejdzie się z nią tak delikatnie jak niesławny Botree, w dodatku przyjmie na jej pokład szemrane typy, które dawniej nie mogłyby się do Pięknej nawet zblizyć.

Teraz dopiero zacznie się prawdziwy podbój kosmosu: przygody, pościgi - i tym razem już naprawdę będą wybuchy.

Chyba że nie.

czwartek, 20 listopada 2014

NaNo 2014 - Dzień 19

Trochę oszukuję, bo piszę to tak naprawdę w dniu dwudziestym, ale wczoraj nie zdążyłam jakoś. Nie zmienia to faktu, że miałam tę notkę w głowie, więc teoretycznie powstała punktualnie, o. I tej wersji będę się trzymać.
Ciągle próbuję gonić kreskę. Nie powiem, żeby przychodziło mi to lekko bądź z jakąś dziką radością, ale próbuję. Udało mi się przeskoczyć półmetek – wedle NaNoLicznika mam 26345 słów. To wciąż jakieś siedem tysięcy za mało. Staram się pisać jakieś dwa tysiące dziennie – tyle powinno wystarczyć, żeby tegoroczne NaNoWriMo zakończyło się dla mnie sukcesem. Liczy się każde słówko urwane w pracy czy w oczekiwaniu na załadowanie garnizonu w Draenorze. Bo w przeciwnym razie NaNo wróży mi, że do niezbędnego minimum słów dobiję w okolicach 7 grudnia, co nieszczególnie mnie satysfakcjonuje.
Nawet się nie łudzę, że w listopadzie skończę powieść jako taką. Teoretycznie powinna mieć osiemdziesiąt tysięcy słów (moje prywatne wyzwanie). I w praktyce tyle właśnie jej wróżę, a w każdym razie nie mniej, bo im bardziej piszę, tym bardziej mam wrażenie, że to powieść w nieustannym slow motion. Zaczęło się, kiedy Herja przez pół strony wyciągała psu spod dupy gazetę. Ale to się ciągle dzieje: miałam początek zdania „Suchy kaszel” – usunęłam i zamiast tego wrzuciłam „Nagły atak suchego, męczącego kaszlu” – tadam! Po co używać dwóch słów, skoro można pięciu? Idąc tym tropem, zdanie „Herja zakasłała” zajęło mi dwie i pół linijki.
Slow motion, mówię Wam.

A skoro już tak dobrze mi idzie pisanie tej notki (hej, mam już 247 słów – mogę je sobie doliczyć do NaNonormy?), to wrócę do tego, co zapowiadałam poprzednio. Do ekshibicjonizmu emocjonalnego, o. Bo to zdrowo tak o poranku.

A więc tak, miałam kryzys – okropny kryzys. Nie powiem, że on jakoś super minął i jest w całości za mną, bo jednak – choć piszę – pisanie to jest mocno wymuszone. Boję się zresztą, że to będzie widać w tekście, no ale „poprawi się w redakcji”. Niemniej pierwszym ważnym etapem w tym mozolnym wywlekaniu się z dołka było znalezienie przyczyny zaistniałej sytuacji. No to znalazłam – bah, nawet niejedną.
Przedwczesne wykopyrtnięcie pisklaka z gniazda – no tak, błąd, który powtarzam już nie pierwszy raz i zawsze sobie obiecuję, że ostatni: udostępniam do wglądu tekst w trakcie pisania. To mi zabiło swego czasu Agamemnona na jakieś pół roku. Bo niby potrzebowałam od osób trzecich jakichś wskazówek, co z tym fantem zrobić dalej, bo nieco się zagubiłam, ale jak przyszło co do czego, nawet jak już miałam jakieś wskazówki, to opowiadanie mi umarło i wskrzeszałam je dużo później, w okropnych bólach i nadal hejtuję tę drugą, pisaną post mortem, część. A jednak cholerny Wewnętrzny Grafoman miał parcie na pokazanie komuś Szeptów i tak to się skończyło. Do przewidzenia. A powinnam przecież pamiętać, że jestem jak ptasia mama, która wychowuje pisklaka, którego kiedyś wreszcie skopie z gniazda i pozwoli ludziom oglądać, jak mały fruwa. I że to wybitnie głupia ptasia mama, która wyrzuca z gniazda jajko w połowie wysiadywania, prawda? Nawet jeśli jakiś przechodzień uzna, że skorupki ułożyły się w wyjątkowo ładną mozaikę, to przecież dla mnie to tylko rozdyźdane na chodniku żółtko, z którym nic już się nie da zrobić.
Zazdrość – och tak, w tym roku zazdrość mnie dość bezczelnie zjadła i trzeba się wreszcie do tego otwarcie przyznać. Zresztą, chodzi tu o zazdrość na rozmaitych płaszczyznach: po pierwsze więc – zdołowały mnie niektóre szczególnie ekstatyczne zachwyty nad cudzymi NaNoPowieściami. Serio, wiem, że powinnam się cieszyć sukcesami innych NaNowiec, ale no po prostu nie wyszło. Czytałam, jaki ktoś jest ach i och, zerkałam w swoją pisaninę i było mi smutno i źle, bo na podstawie poprzednich moich NaNoPowieści i tego, co napisałam w tym roku, wiedziałam, że moje bazgroły nigdy nie będą na tym stadium. Ale nie tylko to mnie zeżarło. Była jeszcze sprawa długiego weekendu. Okropna świadomość, że inni mają co najmniej 4 dni na pisanie, WIPowanie, odnajdywanie zagubionych pomysłów i odzyskiwanie ochoty do pisania. A ja? A ja w poniedziałek byłam w pracy. We wtorek byłam w pracy. Zresztą, niezależnie od pracy, w ogóle w ten weekend nie pisałam – co prawda owszem, czas spędziłam bardzo miło, twórczo i w doborowym towarzystwie, ale NIE PISAŁAM. A inni pisali. Dużo. A później się jarali, jak dużo napisali. A ja oklapywałam coraz bardziej, bo zazdrościłam tym wszystkim ludziom okropecznie. Bo tak.
Aspekt socjalny – tak! Naprawdę – coś, co jest najfajniejszym i niesamowicie ważnym elementem NaNo, w tym roku działa mi na nerwy i odbiera ochotę na cokolwiek. Po pierwsze, zupełnie nie mówi do mnie tegoroczne cykliczne wyzwanie. Nie daję rady z niego nic wyłuskać i, co więcej, nie mam ochoty. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że ej: przecież nie muszę tego robić. Mogę napisać NaNo ograniczając się do sów, Jurija i łopaty – i co mi kto zrobi? Ale z socjalizowaniem się mam więcej problemów. Ot, jaranie się cudzymi powieściami i wspieranie w pisaniu. Ja wiem, że to taki klimat, że to NaNo, miesiąc na prozacu. A ja, zamiast się temu poddać, zaczęłam kminić, że to takie… płytkie. Zaczęło mnie irytować, że każdy każdemu powtarza tylko „o jakie to super, czekam, żeby przeczytać! <3” albo „PISZ, umiesz, będzie świetne, jaram się Twoją powieścią!” – bo takie pierdolety można wpisywać nawet bez czytania tych kawałków powieści, co ludzie wrzucają. Klawiatura jest cierpliwa, a dla mnie to zaczęło brzydko śmierdzieć powierzchownością i nieszczerością. Nie wiem czemu, bo przecież sama nie pisałam nigdy takich rzeczy nieszczerze – no bo po co miałabym komuś tak ściemniać? Nie na tym polega zabawa. Tak samo w przypadku kryzysów NaNowiec to całe wspieranie zaczęło działać mi na nerwy. „No co Ty, nie poddawaj się, pisz!” – ja wiem, że na odległość nie da się NaNowcy pomóc dużo bardziej niż rzucenie jakimś pocieszającym sloganem, ale no… pocieszające slogany pozostają sloganami. I z racji swojej sloganowatości tracą jakąkolwiek siłę, a powtarzane w kółko – działają wręcz odwrotnie.

Patrząc na to wszystko musiałam pogodzić się z tym, że jednym z pierwszych kroków w walce z niechcemisiępisaniem jest odcięcie się od społeczności NaNoWriMo. Tak – piszę NaNo solo (no, prawie solo). Tak – wiele razy mówiłam, że to bez sensu, bo nie o to chodzi w całej akcji. Nie – nie mam pojęcia, co mi się stało w mózg.
Ale trochę pomogło. Z problemem rozbitego jajka borykam się nadal, ale na szczęście to było raptem jakieś półtora rozdziału, teraz mam jakieś dwa razy więcej tekstu i liczę na to, że tamto po prostu zginie w mnogości innych literek. Staram się nie myśleć o tym, że ktoś to już widział, staram się nie myśleć o tym, że ktoś już ma jakieś wyrobione zdanie i jakieś oczekiwania, które teraz muszę zgadnąć i spełnić. Nie.

No. Skoro już wyrzygałam wszystkie żale, przejdę może do sedna, czyli – na czym stoję?
Przy okazji paradowania 11 listopada nabawiłam się zapalenia oskrzeli, co zaowocowało zwolnieniem od piątku do środy. Nie ukrywam: jeśli chodzi o NaNo, znacząco mi to pomogło w nadrabianiu zaległości. Poranki na pisanie, wieczory na granie. I jakoś to się poturlało. Wprowadziłam Savka. Jestem na etapie wprowadzania Fiachny. Panikuję, jak tego nie spieprzyć. Wiem, że już spieprzyłam. Ale nie szkodzi. Poprawi się w redakcji, prawda?
Skoro w poprzedniej normie z rozmowy bohaterek wykluł mi się wiekopomny Traktat o Antykoncepcji, to dla odmiany w tej normie pozwoliłam sobie na głośne wyrażenie problemu istnienia ennitów. No bo uświadomiłam sobie dopiero co, że przecież wśród ennitów nie ma kobiet. Więc co? Panowie przepłynęli na daleką północ i tak po prostu wymarli? A może są nieśmiertelni? A może robią wypady na kontynent i porywają kobiety, coby im rodziły? A może porywają dzieci? Ale nie, przecież cała idea zasadza się na tym, że żyją w całkowitej izolacji. Żadnych wypraw, żadnych porwań. I żadnej nieśmiertelności, na litość Jeżusia, nie. Po prostu nie chcę. No więc jestem w kropce, ale będę kminić.
No i dziś zaczęłam poważnie się zastanawiać nad kwestią Rasmusa. Nie wiem, czy nie wywalić w kosmos jego wątku. Bądźmy szczerzy: on nie jest do niczego potrzebny. Rasmus w ogóle był mi potrzebny tylko do jednej scenki, a wyciskam z niego wiele ponad normę, bo po prostu polubiłam dziada i już, no. Na razie nie usuwam. Usunie się w redakcji jakby co. Ale jechałam do pracy i coraz bardziej dochodziłam do wniosku, że pożegnanie Herji i Rasmusa… tak bardzo rzewliwy urzyg. Na co to?

No nic. Fajk.
Aha, gdyby ktoś miał wątpliwości: ostatnie dwie normy to praktycznie same dialogi. Bo tak.

***

– Jest pani chora? Może naprawdę się pani cieplej ubierze? – zatroskał się Savek, obserwując badawczo kobietę swoim jedynym okiem.
– Nie jestem chora – mruknęła staruszka, czując nadciągającą kolejną falę kaszlu. Dla odwleczenia tej chwili spróbowała odchrząknąć niezobowiązująco, ale młodzieniec nie wydawał się przekonany. Pokręcił głową i odparł:
– W pani wieku trzeba o siebie dbać.
– Co masz na myśli!? – żachnęła się Herja. – Co znaczy „w moim wieku”?! Ile ja twoim zdaniem mam lat?!
– Nie wiem… – jęknął stropiony Savek. – Ze sto…?
Staruszka zacisnęła usta w wąską kreskę, po chwili jednak tylko machnęła ręką i powiedziała bardziej do siebie niż do towarzysza:
– Kogo ja pytam… Dzieciaka, który jest przekonany, że ma jakoś około piętnastu…
Savek nie wydawał się urażony. Wzruszywszy ramionami, pokiwał głową, jakby w duchu przyznawał rację argumentowi Herji, po czym splótł dłonie za plecami i podjął z pewną dumą:
– Ich królowa, piękna kobieta, rozmawiała ze mną. Mówiła, że na mnie czekała.
– Głupie, aroganckie babsko – szepnęła wściekle Herja, po czym ponownie zaniosła się kaszlem. Kiedy tylko ucichła, Savek kontynuował:
– Dużo rozmawialiśmy. Wydawała się bardzo samotna. Właściwie nic dziwnego, siedzi tutaj, otoczona tymi… tymi… dziwakami. Opowiedziałem jej wszystko, co wiem o świecie.
– No to ze dwa zdania chociaż ułożyłeś? – prychnęła Herja na tyle cicho, żeby Savek nie słyszał. Była coraz bardziej poirytowana. Chłopiec przypominał jej kogoś innego, dużo starszego, ale równie głupiego. Cholerny biały rycerz na dzielnym rumaku. Czy jakoś tak.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz