Trochę
oszukuję, bo piszę to tak naprawdę w dniu dwudziestym, ale wczoraj nie zdążyłam
jakoś. Nie zmienia to faktu, że miałam tę notkę w głowie, więc teoretycznie
powstała punktualnie, o. I tej wersji będę się trzymać.
Ciągle
próbuję gonić kreskę. Nie powiem, żeby przychodziło mi to lekko bądź z jakąś
dziką radością, ale próbuję. Udało mi się przeskoczyć półmetek – wedle
NaNoLicznika mam 26345 słów. To wciąż jakieś siedem tysięcy za mało. Staram się
pisać jakieś dwa tysiące dziennie – tyle powinno wystarczyć, żeby tegoroczne
NaNoWriMo zakończyło się dla mnie sukcesem. Liczy się każde słówko urwane w
pracy czy w oczekiwaniu na załadowanie garnizonu w Draenorze. Bo w przeciwnym
razie NaNo wróży mi, że do niezbędnego minimum słów dobiję w okolicach 7
grudnia, co nieszczególnie mnie satysfakcjonuje.
Nawet
się nie łudzę, że w listopadzie skończę powieść jako taką. Teoretycznie powinna
mieć osiemdziesiąt tysięcy słów (moje prywatne wyzwanie). I w praktyce tyle
właśnie jej wróżę, a w każdym razie nie mniej, bo im bardziej piszę, tym
bardziej mam wrażenie, że to powieść w nieustannym slow motion. Zaczęło się, kiedy Herja przez pół strony wyciągała
psu spod dupy gazetę. Ale to się ciągle dzieje: miałam początek zdania „Suchy
kaszel” – usunęłam i zamiast tego wrzuciłam „Nagły atak suchego, męczącego
kaszlu” – tadam! Po co używać dwóch słów, skoro można pięciu? Idąc tym tropem,
zdanie „Herja zakasłała” zajęło mi dwie i pół linijki.
Slow motion, mówię Wam.
A
skoro już tak dobrze mi idzie pisanie tej notki (hej, mam już 247 słów – mogę
je sobie doliczyć do NaNonormy?), to wrócę do tego, co zapowiadałam poprzednio.
Do ekshibicjonizmu emocjonalnego, o. Bo to zdrowo tak o poranku.
A
więc tak, miałam kryzys – okropny kryzys. Nie powiem, że on jakoś super minął i
jest w całości za mną, bo jednak – choć piszę – pisanie to jest mocno
wymuszone. Boję się zresztą, że to będzie widać w tekście, no ale „poprawi się
w redakcji”. Niemniej pierwszym ważnym etapem w tym mozolnym wywlekaniu się z
dołka było znalezienie przyczyny zaistniałej sytuacji. No to znalazłam – bah,
nawet niejedną.
Przedwczesne wykopyrtnięcie pisklaka z
gniazda – no tak, błąd,
który powtarzam już nie pierwszy raz i zawsze sobie obiecuję, że ostatni:
udostępniam do wglądu tekst w trakcie pisania. To mi zabiło swego czasu Agamemnona na jakieś pół roku. Bo niby
potrzebowałam od osób trzecich jakichś wskazówek, co z tym fantem zrobić dalej,
bo nieco się zagubiłam, ale jak przyszło co do czego, nawet jak już miałam
jakieś wskazówki, to opowiadanie mi umarło i wskrzeszałam je dużo później, w
okropnych bólach i nadal hejtuję tę drugą, pisaną post mortem, część. A jednak
cholerny Wewnętrzny Grafoman miał parcie na pokazanie komuś Szeptów i tak to się skończyło. Do
przewidzenia. A powinnam przecież pamiętać, że jestem jak ptasia mama, która
wychowuje pisklaka, którego kiedyś wreszcie skopie z gniazda i pozwoli ludziom
oglądać, jak mały fruwa. I że to wybitnie głupia ptasia mama, która wyrzuca z
gniazda jajko w połowie wysiadywania, prawda? Nawet jeśli jakiś przechodzień
uzna, że skorupki ułożyły się w wyjątkowo ładną mozaikę, to przecież dla mnie
to tylko rozdyźdane na chodniku żółtko, z którym nic już się nie da zrobić.
Zazdrość – och tak, w tym roku zazdrość mnie
dość bezczelnie zjadła i trzeba się wreszcie do tego otwarcie przyznać.
Zresztą, chodzi tu o zazdrość na rozmaitych płaszczyznach: po pierwsze więc –
zdołowały mnie niektóre szczególnie ekstatyczne zachwyty nad cudzymi
NaNoPowieściami. Serio, wiem, że powinnam się cieszyć sukcesami innych
NaNowiec, ale no po prostu nie wyszło. Czytałam, jaki ktoś jest ach i och,
zerkałam w swoją pisaninę i było mi smutno i źle, bo na podstawie poprzednich
moich NaNoPowieści i tego, co napisałam w tym roku, wiedziałam, że moje
bazgroły nigdy nie będą na tym stadium. Ale nie tylko to mnie zeżarło. Była
jeszcze sprawa długiego weekendu. Okropna świadomość, że inni mają co najmniej
4 dni na pisanie, WIPowanie, odnajdywanie zagubionych pomysłów i odzyskiwanie
ochoty do pisania. A ja? A ja w poniedziałek byłam w pracy. We wtorek byłam w
pracy. Zresztą, niezależnie od pracy, w ogóle w ten weekend nie pisałam – co
prawda owszem, czas spędziłam bardzo miło, twórczo i w doborowym towarzystwie,
ale NIE PISAŁAM. A inni pisali. Dużo. A później się jarali, jak dużo napisali.
A ja oklapywałam coraz bardziej, bo zazdrościłam tym wszystkim ludziom
okropecznie. Bo tak.
Aspekt socjalny – tak! Naprawdę – coś, co jest
najfajniejszym i niesamowicie ważnym elementem NaNo, w tym roku działa mi na
nerwy i odbiera ochotę na cokolwiek. Po pierwsze, zupełnie nie mówi do mnie
tegoroczne cykliczne wyzwanie. Nie daję rady z niego nic wyłuskać i, co więcej,
nie mam ochoty. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że ej: przecież nie muszę
tego robić. Mogę napisać NaNo ograniczając się do sów, Jurija i łopaty – i co
mi kto zrobi? Ale z socjalizowaniem się mam więcej problemów. Ot, jaranie się
cudzymi powieściami i wspieranie w pisaniu. Ja wiem, że to taki klimat, że to
NaNo, miesiąc na prozacu. A ja, zamiast się temu poddać, zaczęłam kminić, że to
takie… płytkie. Zaczęło mnie irytować, że każdy każdemu powtarza tylko „o jakie
to super, czekam, żeby przeczytać! <3” albo „PISZ, umiesz, będzie świetne,
jaram się Twoją powieścią!” – bo takie pierdolety można wpisywać nawet bez
czytania tych kawałków powieści, co ludzie wrzucają. Klawiatura jest cierpliwa,
a dla mnie to zaczęło brzydko śmierdzieć powierzchownością i nieszczerością.
Nie wiem czemu, bo przecież sama nie pisałam nigdy takich rzeczy nieszczerze –
no bo po co miałabym komuś tak ściemniać? Nie na tym polega zabawa. Tak samo w
przypadku kryzysów NaNowiec to całe wspieranie zaczęło działać mi na nerwy. „No
co Ty, nie poddawaj się, pisz!” – ja wiem, że na odległość nie da się NaNowcy
pomóc dużo bardziej niż rzucenie jakimś pocieszającym sloganem, ale no…
pocieszające slogany pozostają sloganami. I z racji swojej sloganowatości tracą
jakąkolwiek siłę, a powtarzane w kółko – działają wręcz odwrotnie.
Patrząc
na to wszystko musiałam pogodzić się z tym, że jednym z pierwszych kroków w
walce z niechcemisiępisaniem jest odcięcie się od społeczności NaNoWriMo. Tak –
piszę NaNo solo (no, prawie solo). Tak – wiele razy mówiłam, że to bez sensu,
bo nie o to chodzi w całej akcji. Nie – nie mam pojęcia, co mi się stało w
mózg.
Ale
trochę pomogło. Z problemem rozbitego jajka borykam się nadal, ale na szczęście
to było raptem jakieś półtora rozdziału, teraz mam jakieś dwa razy więcej
tekstu i liczę na to, że tamto po prostu zginie w mnogości innych literek.
Staram się nie myśleć o tym, że ktoś to już widział, staram się nie myśleć o
tym, że ktoś już ma jakieś wyrobione zdanie i jakieś oczekiwania, które teraz
muszę zgadnąć i spełnić. Nie.
No.
Skoro już wyrzygałam wszystkie żale, przejdę może do sedna, czyli – na czym
stoję?
Przy
okazji paradowania 11 listopada nabawiłam się zapalenia oskrzeli, co
zaowocowało zwolnieniem od piątku do środy. Nie ukrywam: jeśli chodzi o NaNo,
znacząco mi to pomogło w nadrabianiu zaległości. Poranki na pisanie, wieczory
na granie. I jakoś to się poturlało. Wprowadziłam Savka. Jestem na etapie
wprowadzania Fiachny. Panikuję, jak tego nie spieprzyć. Wiem, że już
spieprzyłam. Ale nie szkodzi. Poprawi się w redakcji, prawda?
Skoro
w poprzedniej normie z rozmowy bohaterek wykluł mi się wiekopomny Traktat o
Antykoncepcji, to dla odmiany w tej normie pozwoliłam sobie na głośne wyrażenie
problemu istnienia ennitów. No bo uświadomiłam sobie dopiero co, że przecież
wśród ennitów nie ma kobiet. Więc co? Panowie przepłynęli na daleką północ i
tak po prostu wymarli? A może są nieśmiertelni? A może robią wypady na
kontynent i porywają kobiety, coby im rodziły? A może porywają dzieci? Ale nie,
przecież cała idea zasadza się na tym, że żyją w całkowitej izolacji. Żadnych
wypraw, żadnych porwań. I żadnej nieśmiertelności, na litość Jeżusia, nie. Po
prostu nie chcę. No więc jestem w kropce, ale będę kminić.
No i
dziś zaczęłam poważnie się zastanawiać nad kwestią Rasmusa. Nie wiem, czy nie
wywalić w kosmos jego wątku. Bądźmy szczerzy: on nie jest do niczego potrzebny.
Rasmus w ogóle był mi potrzebny tylko do jednej scenki, a wyciskam z niego
wiele ponad normę, bo po prostu polubiłam dziada i już, no. Na razie nie
usuwam. Usunie się w redakcji jakby co. Ale jechałam do pracy i coraz bardziej dochodziłam
do wniosku, że pożegnanie Herji i Rasmusa… tak bardzo rzewliwy urzyg. Na co to?
No
nic. Fajk.
Aha,
gdyby ktoś miał wątpliwości: ostatnie dwie normy to praktycznie same dialogi.
Bo tak.
***
„– Jest pani chora? Może naprawdę się pani cieplej ubierze? – zatroskał się Savek, obserwując badawczo kobietę swoim jedynym okiem.
– Nie jestem chora – mruknęła staruszka, czując nadciągającą kolejną falę kaszlu. Dla odwleczenia tej chwili spróbowała odchrząknąć niezobowiązująco, ale młodzieniec nie wydawał się przekonany. Pokręcił głową i odparł:
– W pani wieku trzeba o siebie dbać.
– Co masz na myśli!? – żachnęła się Herja. – Co znaczy „w moim wieku”?! Ile ja twoim zdaniem mam lat?!
– Nie wiem… – jęknął stropiony Savek. – Ze sto…?
Staruszka zacisnęła usta w wąską kreskę, po chwili jednak tylko machnęła ręką i powiedziała bardziej do siebie niż do towarzysza:
– Kogo ja pytam… Dzieciaka, który jest przekonany, że ma jakoś około piętnastu…
Savek nie wydawał się urażony. Wzruszywszy ramionami, pokiwał głową, jakby w duchu przyznawał rację argumentowi Herji, po czym splótł dłonie za plecami i podjął z pewną dumą:
– Ich królowa, piękna kobieta, rozmawiała ze mną. Mówiła, że na mnie czekała.
– Głupie, aroganckie babsko – szepnęła wściekle Herja, po czym ponownie zaniosła się kaszlem. Kiedy tylko ucichła, Savek kontynuował:
– Dużo rozmawialiśmy. Wydawała się bardzo samotna. Właściwie nic dziwnego, siedzi tutaj, otoczona tymi… tymi… dziwakami. Opowiedziałem jej wszystko, co wiem o świecie.
– No to ze dwa zdania chociaż ułożyłeś? – prychnęła Herja na tyle cicho, żeby Savek nie słyszał. Była coraz bardziej poirytowana. Chłopiec przypominał jej kogoś innego, dużo starszego, ale równie głupiego. Cholerny biały rycerz na dzielnym rumaku. Czy jakoś tak.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz