Drugi dzień NaNoWriMo za mną. Napisałam mniej niż planowałam, ale jakoś to idzie. Choroba nieco mnie zmogła i większość dnia przespałam. Koniec końców, jakiś tysiąc pińcet udało mi się naskrobać pod wieczór i kończę dzień z wynikiem 8540 sów. Skończyłam pierwszy rozdział i wreszcie wyprawiłam Herję w świat.
***
"Herja zastanowiła się.
– Nie – odparła w końcu. – Chyba nie. Wiem, co sobie myślisz. Powinnam czuć się urażona. Znasz mnie nie od dzisiaj.
– Dokładnie. – Rasmus wstał z łóżka i zaczął przekopywać się przez stertę ubrań, upchniętą w samym kącie, w którym magazyn stykał się z sortownią ryb. – Nigdy nie umiałaś się zachować. Wiesz, mi to nie przeszkadza, ale teraz zaczynasz popadać w jakieś szaleństwo. Nie wiem, czy mogę ci na to pozwolić.
– „Pozwolić”? Nie masz prawa mi niczego zabraniać! – żachnęła się Herja.
– Myślisz o czymś, co może bardzo źle się dla ciebie skończyć – oznajmił Rasmus, wyprostowawszy się nagle. Z jego twarzy znikła poprzednia wesołość. W dłoniach trzymał szarą marynarkę, trochę poprzecieraną tu i ówdzie, ale nawet w całkiem niezłym stanie. Zarzucił ją na grzbiet i poprawił kołnierzyk.
– Nie jestem głupia – odparła z godnością Herja, zamykając pamiętnik. Położyła kajecik na chudych kolanach i przykryła dłońmi. Tak, widziała, że są pomarszczone. Widziała, że żyły drżą pod cienką skórą. Wiedziała przecież, że w jej wieku… ale po prostu musiała coś zrobić.
– Akurat – parsknął Rasmus, a mgnienie uśmiechu odbiło się na jego twarzy.
– I co się tak stroisz? Dzisiaj ty idziesz do teatru? – prychnęła w końcu Herja, chcąc zmienić temat.
Mężczyzna pokręcił głową i wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki grzebień, którym jął przeczesywać siwe, rozczochrane włosy.
– Nie – powiedział spokojnie. – Ale nie będę cię żegnał jak ostatni dziad.
– Słucham? – Herja zamrugała gwałtownie.
– Ja cię zapamiętam w tej zielonej kiecce, chcesz? Bo ty mogłabyś mnie, o… – Rasmus schował grzebień, przygładził szorstką brodę i strzepnął nieistniejący pyłek z ramienia marynarki."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz