No to dzień piąty za nami - dziś z wynikiem 1690 słów, co daje mi ogólny wynik: 13427 słów. Mogło być lepiej, ale nie mam na co narzekać: wciąż idę do przodu. Fakt, nie napieram jakoś epicko, bo i ostatnie dwa dni nie dały mi za bardzo na to czasu.
Brnę przez opko o elfach. Wychodzi zupełnie coś innego, niż planowałam. No i wciąż buduję zdania, jakbym dopiero naumiała się stawiać literki. Ale no, będę wierna tegorocznemu motto... mottu... no, wiadomo. I się nie będę przejmować.
Grunt, że się nieźle bawię, prawda? A może w weekend uda się natrzaskać jakąś większą przewagę?
Strasznie się wpuściłam we mgłę - znaczy no, dosłownie: wymyśliłam sobie, że w lesie jest mgła. I przez to kompletnie nie mogę opisywać miejsca akcji, bo bohaterowie prawie nic nie widzą. Drażni mnie to. Serio, mogłabym kiedyś napisać coś w normalnej scenerii, a nie a to pustynia, gdzie można opisywać w kółko chmury, a to śnieg, a to mgłę... Z drugiej strony, nic nie poradzę na to, że lubię ekstremalne otoczenia, no.
A, no i mam króla/królową elfów! Ha! Taka dumna jestem! TAKA!
***
"– Strasznie nieskuteczni jesteście, wiecie? – odezwał się po chwili Ívarr, choć nie wyglądał na szczególnie zawiedzionego ani rozeźlonego.
– Nie mamy doświadczenia – parsknęła młoda Rossini, bo doktor wydawał się nieobecny duchem: szedł z zadartą głową, uważnie przyglądał się otaczającym ich drzewom i jak zauroczony wodził wzrokiem za przemykającymi Alframi.
– Widać. Na szczęście ja mam – odparł ze śmiechem Ívarr."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz