Minął trzeci dzień. Dość owocny, nie powiem, choć to, co się dzieje z jakością, to jest jakaś kpina. Niemniej dobiłam dziś do 10021 słów. Przyznam, że pierwotnie nawet nie myślałam, że dziesiąty tysiąc pęknie mi już trzeciego dnia.
Niechcący wprowadziłam Piękną Teodorę w warp 1, cisnęłam nią w planetę, wylądowałam i w ogóle.
Dostrzegam pewne plusy pisania zbioru opowiadań: sceneria zmienia się dużo częściej niż w powieści. Nawet jeśli coś mnie męczy, ta męka nie trwa długo, bo bardzo prędko po prostu przeprowadzam bohaterów w zupełnie inne miejsce albo zaczynam totalnie inny wątek. Dość wygodne, nie powiem. Z drugiej strony, mam wrazenie, że te opowiadania będą jeszcze bardziej przegadane od powieści - jeśli to w ogóle możliwe.
U mnie przegadywanie historii ma naprawdę wysoki level.
***
"– Wydaje mi się, że to tam – wyjaśniła dziewczyna. – To szarozielone, przy tym dużym ogniku.
– Ogniku? – Di Taverna uniósł brew i wyprostował się. Solennie obiecał sobie, po raz kolejny zresztą, że jeśli tylko będzie miał okazję, przeniesie okna wyżej.
– Botree nazywał je gwiazdami. Ale ja nie umiem patrzeć jak on. – Luciana potrząsnęła głową. – Wiem, jak wyglądają gwiazdy. Są wysoko na niebie, małe i mrugają wesoło. Tworzą wzory i mapy, z których astrolodzy czytają przyszłość świata. A to, co jest tutaj… znasz astrologa, który umiałby z tego cokolwiek wyczytać?"
<3 To jest piękne...
OdpowiedzUsuń