"Piękna Teodora podbija kosmos"

Straciwszy dotychczasowego kapitana, Piękna Teodora trafia w ręce nie do końca poczytalnego Il Destino. Ten nie obejdzie się z nią tak delikatnie jak niesławny Botree, w dodatku przyjmie na jej pokład szemrane typy, które dawniej nie mogłyby się do Pięknej nawet zblizyć.

Teraz dopiero zacznie się prawdziwy podbój kosmosu: przygody, pościgi - i tym razem już naprawdę będą wybuchy.

Chyba że nie.

niedziela, 15 listopada 2015

NaNo 2015 - Dzień 15

A więc po kolei: dziś sprawy rodzinne dość dokładnie ustawiły mi grafik: na pisanie miałam czas od dziesiątej do czternastej trzydzieści, przy czym oczywiście w tym samym czasie miałam się ogarnąć i takie tam - i muszę przyznać, że jestem z siebie dość zadowolona. Bo w półtorej godziny (może kapkę więcej, ale poniżej dwóch godzin) napisałam dwa tysiące słów. Wróciwszy wieczorem ze spraw rodzinnych, dopisałam jeszcze parę słów i kończę dzień z wynikiem 2234 słowa, czyli łącznie 40287 słów - czyli złapałam kolejny achievement, który jest za przekroczenie czterdziestu tysięcy.
Skończyłam też dziś kolejne opowiadanie i zaczęłam drugie z zaplanowanych dwóch o elfach. Dość mocno zależy mi na nieschrzanieniu go, ale zobaczymy, jak to się wszystko ułoży.
Oczywiście, znowu próbowałam w akcję. Nie powiem: męczy mnie to. W ogóle to pisanie mnie ostatnio męczy już, bo a to się tłuką, a to uciekają, a to wybuchy... TAK, miałam te obiecane wybuchy! A ja przecież najlepiej się czuję, jak bohaterowie mi łażą z kąta w kąt i angstują. :(
Plus całego tego weekendu jest taki, że wczoraj wreszcie obejrzałam upragniony film! Tak! Wreszcie siadłam z michą popcornu i obejrzałam film, a potem poszłam na spacer z psem i po powrocie obejrzałam drugi film! I to było takie cudowne i kojące, i taka odmiana od ciągłego tłuczenia w klawisze! Oglądam, ma się rozumieć, kolejne części Planety Małp, bo kończę maraton. Swoją drogą, Geneza Planety Małp jest tak piramidalnie głupia, że chyba złamię swoją prywatną, blogasową zmowę milczenia i jednak napiszę parę słów o tym filmie jeszcze w listopadzie, bo po prostu kotłuje się we mnie... No ale to takie tam szemranie na boku.
Z bonusów: jak pisałam 31 października na głównym blogu, narodzinom Il Destino towarzyszyła pewna konkretna historia, może niekoniecznie radosna, ale koniec końców oceniam ją pozytywnie. Właściwie kiedy tylko generał mi się wymyślił, miałam dla niego gotowego fancasta - i jest to, oczywiście, Robert Maillet (źródło zdjęcia). Myślę, że prezentuje dokładnie ten rodzaj delikatnej subtelności, który odpowiadałby Il Destino.

***

"Załogę Pięknej Teodory obudziło wycie alarmu. Ívarr wstał i z irytacją przewrócił oczami.
– Znowu? – jęknął. – W całym wielkim wszechświecie naprawdę nie ma kawałka pustego miejsca, żeby się w spokoju wyspać?!
– Wydaje mi się, że on wcale nie jest taki wielki – mruknęła Luciana, przecierając knykciami oczy. To prawda, że od dawna nie mogli zaczerpnąć odrobiny odpoczynku i powoli zaczynała mieć tego dość. Owszem, kosmos był wciąż piękny i fascynujący, ale chyba jednak głównie okropnie, ale to okropnie niebezpieczny."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz