Dziś było wyjątkowo ciężko. Po pierwsze - miałam cholernie mało czasu na pisanie. Ot, życie dopadło. Po drugie - naprawdę nie umiem przez półtora tysiąca słów opisywać lasu... A jakoś tak wyszło. Po trzecie - oczywiście znów wpuściłam się w scenę akcji. Bijatykę, psia mać.
Ale wszystko sobie zrekompensowałam, wciskając pod koniec ekspozycję w dialogu. A jeszcze bohater, który miał być ważną postacią drugoplanową, postanowił mi zginąć zaraz jak się pojawił, więc musiałam naprędce szyć kolejnego.
Niemniej dla mnie ten dzień to dość długo wyczekiwany moment - pierwsze pojawienie się moich elfów. Nie wyszły do końca tak jak to planowałam, ale mam nadzieję, że uda mi się z nich coś wycisnąć.
Tak czy owak - dziś 1716 słów, co daje łączną liczbę 11737 słów. Mogło być lepiej, mogło gorzej - grunt, że jest do przodu.
***
"W mlecznej pustce rozległo się westchnienie, a potem rozmówca odpowiedział:
– Wy rzeczywiście nic o nas nie wiecie. Nie słyszeliście o Dzikich Alfrach, najbardziej krwiożerczych złodziejach w tej części galaktyki?
Doktor pokręcił głową, ale przypomniawszy sobie, że we mgle Ívarr ma małą szansę to zobaczyć, zaprzeczył na głos. Rozmówca gwizdnął ze zdumieniem."
Elfy? Czy to Frooelfy? *Dziki pisk*
OdpowiedzUsuńTak... khem... tak jakby. :bag: Wciąż nie do końca ogarniam, do czego z nimi zmierzam.
UsuńA czy z elfami trzeba do czegoś zmierzać? dobre elfy są dobre same w sobie ;)
OdpowiedzUsuń