Żeby nie było niedomówień: moja ostatnia norma wyniosła finalnie 1669 sów. Dziś aż tak nie szaleję, ale jestem dość spokojna. Gdyby udało mi się jutro zebrać w sobie, to na luzie skończę ten rozdział. A to oznacza, że będę mogła przystąpić do właściwej korekto-redakcji.
Mam co prawda coraz wyraźniejsze pojęcie o tym, że ten rozdział, co go właśnie popełniam, totalnie nic nie wnosi do fabuły, ale.... ale jest Piękna Teodora, no. Nie wystarczy, że wnosi do fabuły trochę więcej Pięknej Teodory...? Bo mi chyba wystarczy.
***
"Botree coś powiedział, ale jego głos był słyszalny tylko dla niego samego. Czerwona lampka inspektora mrugnęła raz i drugi, następnie rozjarzyła się na żółto, a po chwili zamarła. Mechaniczne ramiona rozpłynęły się bezwładnie na wszystkie strony.
– Co się stało?! – zawołała Dahya, widząc kapitana, który, dysząc ciężko, ściągał z siebie skafander, rzucając pogardliwe spojrzenia na stertę złożonego obok złomu.
– Zadarł z niewłaściwą osobą – prychnął Botree.
– Przecież na pewno połączył się z… z nimi, tam w dole! Zgłupiałeś do reszty?! „Z niewłaściwą osobą”?! Za kogo ty się uważasz?!
Kapitan zerknął na Dahyę jakby nie rozumiejąc. Po chwili milczenia parsknął krótkim, urwanym śmiechem i wyjaśnił:
– Za kogo siebie uważam? Za zupełnie nikogo. Mówiłem o Pięknej Teodorze.
– Słucham? – Nawigator poczuła się zbita z tropu.
– Zadarł z Piękną Teodorą. Musiał za to zapłacić."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz