Coś mi niewyraźnie idzie ten pierwszy rozdział. Zwalam to na brak pomysłu i czasu... i wogle. W każdym razie brnę dalej. Coraz mniej prawdopodobne jest, że się wyrobię z darmowymi egzemplarzami z CreateSpace, no ale walczę. W razie czego nie ma bólu - w tym roku i tak to miały być tylko dwie sztuki.
Kontynuuję tymczasem przerabianie początku, no.
***
– I co to da? – wybuchł po chwili kapitan. – wezmę, powiedzmy, pięciu pasażerów. Co nam to da? Zginie tylko kilka tysięcy, a nie kilka tysięcy i pięć? A ta piątka zejdzie mi tu z głodu i zimna za parę dni? Nie ma dokąd uciekać, pogódźcie się z tym.
– Skierujemy się do Nannartu-
– Nie ma żadnych Nannartu! To cholerne legendy! – zawołał Botree, grzmotnąwszy pięścią w stolik. – Kisiłbym się tu z wami, gdyby gdzieś daleko było zawieszone w przestrzeni płonące miasto feniksów?! One nie istnieją!
– Mamy dokumenty, które potwierdzają, że ekspedycje zostały wys-
– Tak, jasne, zostały wysłane! – Kapitan wybuchł chrapliwym śmiechem, który urwał równie nieoczekiwanie, jak zaczął. – A macie równie twarde dokumenty, że wróciły z założonych miast? Pogódźcie się z tym. Nannartu nie istnieją, możecie uciekać na dalsze planety w tym układzie, ale zimno Gwiazdy-Matki was dopadnie. To wszystko jest daremne.
Jedno spojrzenie na Lahna wystarczyło, by zorientować się, że udało się zrobić wyrwę w jego fasadzie idealnego oficera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz